RSS
niedziela, 14 listopada 2010
Który lepszy?

Cały oddział D2 to dwudziestka pacjentów. Ilościowo mniej więcej dwie równe grupy. Jedna to schizofrenicy, depresje, schorzenia i urazy, druga – moja grupa, to nałogowcy. W niej tylko dwie – trzy osoby mają luksus posiadania jednego nałogu, większość ma dwa i więcej. Lub kombinację nałóg – choroba. Najczęściej alkohol plus narkotyk. Może być alkohol i uzależnienie od lekarstw, albo narkotyki z depresją, albo alkohol plus narkotyk plus depresja, albo inne podobne kombinacje. Bo dochodzą jeszcze stany lękowe, manie prześladowcze, ataki agresji. Są i osoby pod dozorem policyjnym, albo sądowym, na obserwacji, nie wiemy na co cierpią, albo co symulują. Często myślałem o „Locie nad kukułczym gniazdem” – to było dokładnie to. Różni pacjenci, różne przypadki, kto i kiedy wyjdzie najpierw na spacer, a potem w ogóle na wolność?

Czasami przychodził mi do głowy taki bezsens – który nałóg lepszy? Szukałem odruchowo bratniej duszy.

Olivier zaprosił mnie pewnego razu do gry przypominającej domino. Siadamy w świetlicy, Olivier wyjaśnia reguły, wysypuje drewniane kostki, trzeba je dostawiać, kombinując cyfry. Reguły pojmuję, ale mam problem z układaniem. Trzęsą mi się ręce tak, że burzę co chwilę całą konstrukcję. Olivier widzi moje zmieszanie, proponuje żebym wskazywał klocki, on będzie za mnie dokładał. Zaczęliśmy rozmowę i tak zaczęła się nasza bliska znajomość. Polubiłem go.

Olivier jest Szwajcarem, nieco ponad trzydziestkę, właśnie w trakcie rozwodu. O kilkuletniej córeczce opowiada jak o najcenniejszym skarbie. Niestety teraz trwa walka o dziecko, żona chce wyłączności praw do opieki, chce praktycznie wyeliminować mu kontakty z córką. Bo Olivier jest ciężko uzależnionym narkomanem. Kokaina doprowadziła go do takiego stanu, że albo leży gdzieś bez przytomności, albo trzęsie się w odwyku. Pracę stracił, był technikiem na budowie, przez jakiś czas tolerowali jego nieobecności, potem odkryli że bierze „coś”. Nikogo nie interesowało co to jest i dlaczego bierze – pozbyli się kłopotu, na budowach są momenty niebezpieczne, trzeba być w formie. Do kliniki, a właściwie najpierw do szpitala na odtrucie zawiozła go matka, której Olivier dał pisemne upoważnienie, że w przypadku kolejnego dołowania może go skierować na każde leczenie, niezależnie od rygorów. Więc go przywiozła do szpitala, potem na pełny odwyk skierowano go do nas, na D2.

Olivier opowiada, że zamienił alkohol na kokainę. Najpierw pił niewiele, ale regularnie, głównie w chwilach niepewności, żeby zagłuszyć stany lękowe. Przez kilka lat, coraz częściej. Chciał to zmienić. Wtedy namówiono go na kokainę i odkrył nowe obszary. Zmienił alkohol na proszek. Koks robił go silnym, nietykalnym, innym. Jest droższy od wódki, ale i tak osiągalny, Trzeba uważać przy niskich cenach, czy nie jest zanieczyszczony. Olivier twierdzi, że w centrum miasta potrzebuje najwyżej kwadransa o każdej porze dnia i nocy, żeby zdobyć w miarę tanią i czystą dawkę. Ale z kokainą też sie rozpędził, teraz już musi być w klinice.

Wymieniamy doświadczenia. Olivier wprawdzie nie ma za wiele przeżyć z okresu picia, ale szokujaco zbieżne odczucia jak chodzi o nałóg w ogóle. Najbardziej fascynujace jest zjawisko, które zgodnie nazwaliśmy drugą tożsamością. Występuje to nie tylko gdy się jest pod wpływem środka, obojętnie alkoholu czy narkotyku, ale długi czas potem, w okresie gdy organizm jest chemicznie właściwie czysty. Ma się określone, bardzo zdecydowane zdanie, poglądy, opinie na wiele spraw życiowo ważnych. Na przykład ocenę swojego partnera, plany życiowe na przyszłość, sytuację w pracy. I nie są to opinie wymyślone na użytek sytuacji, okazjonalnej dyskusji. Są tak mocne, że można za nie dać sobie uciąc głowę i ręce. Przedstawia się je wkoło z przekonaniem, broni się, wierzy w nie w pełni. Po czym mija czas i w miarę oddalania się od ostaniego kontaktu z narkotykiem, czy alkoholem – nagle zaczyna się zmieniać zdanie. I znowu z przekonaniem. Wierzy się w coś zupełnie odmiennego, inaczej ocenia się zachowanie żony, czy szefa, szanse na jutro itd. Doszliśmy do wniosku, że odwyk trwa o wiele dłużej niż chemiczne odtrucie, obejmuje sukcesywnie również obszary zdrowia psychicznego i emocjonalnego.

Kolejna zbieżność – najgroźniejsze wydają się nam reakcje nie w trakcie zamroczenia, lecz w pierwszej fazie po ustaniu działania trucizny. Dla Oliviera jest to głód narkotyczny, dla mnie kac spiralny. Dokładnie te same przeżycia i doświadczenia. Eliminowanie z drogi wszystkiego, co uniemożliwia natychmiastowy łyk piwa, wódki, byle jakiego drinka. Całkowita obojętność na fakty, otoczenie, osoby, argumenty. Nic nie jest w tej chwili ważniejsze – ani żona, ani ukochana córeczka Oliviera, ani szef, ani groźba straty pracy. Muszę się napić w ciagu paru minut, albo zwariuję. On musi wstrzyknąć, połknąć, albo wciągnąć przez nos porcję kokainy. W takim stanie jest się zdolnym do wszystkiego i to w pełni świadomie. Wszystko odsuwam na jutro, albo obojętnie na kiedy, byle z drogi, byle dostać właśnie teraz swoją dawkę. Wtedy rodzą się decyzje, że rzuca się pracę, niszczy psychicznie najbliższych, decyduje na kradzież. Właściwie to nie są decyzje, tylko przeraźliwa obojętność na wszystko. Pustka uczuć, liczy się tylko jedno – uśmierzyć ból całego ciała, wypić, zażyć.

Siedzimy obok siebie, układamy klocki, ale myślimy zgodnie – i co teraz? Nie pić? Nie brać koksu? Teraz jesteśmy silni, mądrzy i odporni, bo wkoło lekarze, pigułki seresty i metadonu, środki nasenne i uspakajające. A przede wszystkim jesteśmy zamknięci i nie mamy dostępu ani do sznapsow, ani do strzykawek. A co będzie po wyjściu? Na jak długo starczy nam tej siły? Wniosek jest jeden. Nie pić, nie brać. Próbujemy tego nie brania i nie picia od lat i co? Kiedyś dało się uratować co nieco z codziennego życia. Teraz siedzimy w klinice na zamkniętym D2.

Wymieniamy z Olivierem numery telefonów, obiecujemy że będziemy rozmawiać i podtrzymywać się w abstynencjach po wyjściu.

Na razie kończymy grę. Mnie drzą ręce, Olivier czuje niedosyt czegoś słodkiego. Ja czuję się zmęczony, bez sił, on żali się na wewnętrzną nadpobudliwość. Wstajemy i ruszamy do dyżurki po lekarstwa.

Który nałóg lepszy?

19:14, keram49
Link Dodaj komentarz »
środa, 10 listopada 2010
Wolność bez Red Bulla

Przyzwyczaiłem się właściwie szybko do rytmu kliniki. To proste. Lekarstwa, badania, odprawa poranna, zajęcia, terapie, posiłki, badania, lekarstwa, zajęcia, terapie, lekarstwa na noc, sen. Dwa razy w tygodniu konsultacja z gremium lekarzy i pielęgniarzem-opiekunem, indywidualna rozmowa. I to wszystko. Przyzwyczaiłem się do pacjentów, płaczu i śpiewu, wybuchów agresji, nocnych spotkań w świetlicy tych co nagle zgłodnieli i tych co nie mogą spać. Do tragikomizmu codziennych niespodzianek też. Przyzwyczaiłem się do fizycznej słabości, bólów żołądka i skoku ciśnień. Nawet pokiereszowany facet z lustra też jakby mniej mnie denerwuje, opuchlizna zeszła i rany, sińce znacznie zmalały. Jednej tylko rzeczy nie dało się w żaden sposób ani przyjąć za normalną, ani do niej przyzwyczaić. Braku wolności.

Czy mogę zejść na parter? (do sali ze stołami do gier, albo na wewnętrzne podwórko)
– nie, nie może pan, nie ma zezwolenia lekarza.
Czy mogę wyjść na kilka minut do recepcji po gazety, albo kartę do telefonu?
– nie, ze swoim statutem nie może pan, przykro mi, pielęgniarz przyniesie.
Czy mogę wyjść do?
– nie, sam nie może pan.
Czy mogę?
– nie!
Na razie nie.
To kiedy?
– gdy lekarze zezwolą.

Stoję jak zwykle przy jednym z okien i patrzę na jezioro. Tylko wąski lufcik do uchylania. Tak wąski, że można wsunąć tylko dłoń, rękę, nie ma mowy o przeciśnięciu się, albo wychyleniu choćby głowy. Takie uchylane części okien są w każdym pokoju, pozwalają pooddychać powietrzem z zewnątrz, na nic więcej. A i tak codziennie wyrzucane są przez te szczeliny najróżniejsze przedmioty, ubrania, nawet jedzenie.

Czekam na rozmowę, właśnie trwa tzw. lekarska wizyta na naszym D2. Kolejność wejść wywieszona jest od rana. Mam piętnaście minut, żeby odpowiedzieć na pytania szefowej oddziału, psychiatry i psychologa, może jeszcze jakaś uwaga od pielęgniarza-opiekuna. I potem mogę powiedzieć coś od siebie. Układam w głowie teksty, próbuję się uspokoić, zdenerwowany jestem tak, że ciśnienie i puls przeskoczyły wszelkie normy. Chodzi mi o zmianę statusu na mniej rygorystyczny, o prawo opuszczania D2. Wchodzę, rutynowe pytania o zdrowie. Nie muszę za dużo wyjaśniać, bo wyniki badań, prób krwi, ciśnienia, dawki lekarstw – wszystko o mnie – leży wyplute przez komputer i skopiowane przed każdym uczestnikiem konsylium. Klasyczny odwyk bez większych powikłań. Złe wyniki ogólnie, ale tendencja do stabilizacji i powolnej poprawy. Tak trzymać, czekać, brać lekarstwa. Czy chcę coś powiedzieć? Tak, mam prośbę. Mówię, że czuję się tak stabilnie psychicznie, że chciałbym dostać zgodę na wychodzenie z budynku D2. A fizycznie? No, myślę że potrafiłbym, nie jest aż tak źle. A po co wyjść? Na przykład do recepcji i kawiarni (sąsiedni budynek), albo na spacer do parku. Chwila zastanowienia, szefowa spogląda na psychiatrę. Pochylają się, wymieniają szeptem uwagi, po czym słyszę: Odwyk jest w toku, to widzimy i po pańskiej mimice i oczywiście z zapisu choroby, z akt. Ale zastanowimy się, chyba jest szansa, dziękujemy. Wychodzę na drżących nogach, ulga jakbym zdał najtrudniejszy egzamin. Czekam pod dyżurką i obserwuję jak sukcesywnie spływają notatki z konsylium, żeby personel mógł wczytać do komputera nowe dawki lekarstw, nowe polecenia, nowe statuty. No i mam. Zgoda na opuszczanie D2! Wprawdzie tylko pod nadzorem personelu i tylko w sposób zorganizowany, ale będę mógł wyjść!

Wpisuję się na pierwszą możliwą szansę – spacer do sklepu i z powrotem. O umówionej godzinie zbieramy się na korytarzu. Jest nas sześcioro pacjentów i dwóch pielęgniarzy.Pierwsza radość, mam na sobie dżinsy, kurtkę i buty. W kieszeni portfel i kilka osobistych drobiazgów nie wziętych do depozytu. Szczękają kolejne zamki, otwierają się automatyczne śluzy na korytarzach, ostatnia przesuwana krata na parterze i oto jestem na zewnątrz, poza D2. Kręci mi się w głowie. Idziemy gęsiego przez park, mijamy recepcję, wychodzimy poza obręb kliniki. Prowadzi pielęgniarz, potem nasza szóstka, każdy osobno, ale wszyscy blisko siebie, jak stadko kurcząt. Z tyłu drugi pielęgniarz, obydwoje wytrenowani, czujni, sportowe obuwie, gotowi do akcji. Nikt nie mówi ani słowa, idziemy onieśmieleni całą sytuacją, chociaż chyba tylko ja jestem po raz pierwszy na wolności, inni bywali już na spacerach. Klinika zostaje z tyłu, wychodzimy z parku i nagle zaczyna się. Jeden z pacjentów przyspiesza, skręca w bok i zaczyna się biegiem oddalać od grupy. Pierwszy pielęgniarz zostaje z nami, wyciąga telefon i natychmiast powiadamia klinikę. Za uciekinierem rusza drugi pielęgniarz, ale nie krzyczy, nie woła za uciekającym, próbuje go dogonić. Znikają nam z oczu. Stoimy bez słowa, po chwili pielęgniarz wraca bez uciekiniera, dołącza do nas – i spokojnie mówi, że kontynuujemy spacer. Idziemy w milczeniu, mijamy dworzec kolejowy, pierwsze budynki, wchodzimy na ulicę na której jest sklep. Bardzo mało ludzi, a i tak mam wrażenie, że wszyscy nas obserwują i wiedzą, że jesteśmy z psychiatrii, konwojowani na spacer. Nastrój przygaszony, zaczynamy rozmawiać między sobą o tym co się stało. Podobno to nic nowego, co kilka dni ktoś ucieka ze spaceru. Wraca albo sam od razu, albo wieczorem przed spaniem. Czasem już nigdy, bo nawet gdy go znajdą w domu, to jest to przerwanie kuracji wbrew woli lekarzy. Czyli koniec leczenia, chyba że przypadek jest niebezpieczny, wtedy pacjent ląduje w innej klinice, na jeszcze cięższym rygorze. Ten co uciekł dzisiaj prosił kilka dni temu, żeby mu skrócić pobyt w klinice, bo ma do załatwienia jakieś sprawy rodzinne. Wtedy odmówiono mu, ale miał nadal prawo wyjść na spacer, zdecydował więc sam. Najgorzej było przed rokiem, gdy podczas spaceru pacjent odbiegł w pobliżu dworca od grupy i skoczył pod pociąg, ginąc na miejscu. Od tego czasu zmniejszono grupy i zaostrzono selekcję na wyjścia. Odwyk, byle nie w pierwszej fazie, jest jeszcze w miarę uprzywilejowany, gorzej wyglądają szanse schizofreników z wizjami i tych z ciężkimi depresjami.

Sklep. Jeden pielęgniarz czeka na nas na zewnątrz, drugi stoi przy kasie i obserwuje co wykładamy z koszyków. Oczywiście nie wchodzi w grę alkohol, używki, żadne tabletki ani pastylki nawet jeśli to są cukierki, Ktoś musi oddać Red Bulla. Żadnych chemikalii, narzędzi, sprzętów, przyrządów. Kupiłem pilniczek do paznokci i słyszę uwagę – po przyjściu do kliniki będzie pan musiał oddać do depozytu, używanie tylko w obecności kogoś z personelu, Ok? Oczywiście. Kupuję dużo słodyczy, nie wiem skąd nagle taka chęć. I dużo kolorowych czasopism. Patrzyłem na zdjęcia z bulwarowych tytułów jak na nierealne komiksy z innego świata. Wracamy spokojnie w zredukowanym składzie. W pewnym momencie mija nas radiowóz policyjny, sunie wolno wzdłuż domów, po chwili wraca. To zaczęły sie poszukiwania naszego uciekiniera, podobno taka jest procedura, klinika zawiadamia policję, że od tego momentu taki a taki pacjent z zamkniętej psychiatrii jest na wolności, a nie powinien.

Po powrocie jeszcze raz szczegółowa kontrola i kończy się moja pierwsza przygoda z wolnością. Wracam do pokoju ze słodkimi skarbami i naręczem gazet. Staję w otwartym lufciku okna i patrzę na jezioro i ścieżkę, którą co dopiero szedłem. Kiedy znowu poczuję powiew wolności? Więc jak to będzie, gdy będę kiedyś mógł iść ulicą sam? I wejść do jakiegokolwiek sklepu. I kupić to co będę chciał? Po powrocie nikt mnie w domu nie skontroluje, a do własnego pokoju będę mógł wszystko bez wyjątku co kupiłem. Na przykład Red Bulla?

08:59, keram49
Link Dodaj komentarz »
sobota, 06 listopada 2010
Jest źle.

Jest źle.

Nie mogę się pozbierać ze zdrowiem.

Drugi tydzień na D2, a w lustrze ta sama pokiereszowana twarz, opuchlizna, sińce. Za wolno to znika. Wory pod oczami, włosy siwe i za długie, paznokci nie mogę obciąć, bo nerwy rozdygotane, palce drżą. Nie mam zupełnie siły. Po kilku minutach spaceru po korytarzach jestem zmęczony jak po ciężkiej pracy. Zawroty głowy, nudności – coś jest źle albo z żołądkiem, albo z krążeniem, brakuje mi oddechu.

Nie zdawałem sobie sprawy, że odwyk może trwać tak długo. Wprawdzie co dopiero wróciłem ze szpitala, po krwotoku z żołądka, ale organizm nie ma przecież od wielu dni ani promila, dobrze mnie tu karmią, więc dlaczego nie czuję poprawy?

W skrajnych momentach proszę o dodatkowe seresty, ale to błędne koło. Seresta przestaje działać, wraca odwyk z wszystkimi objawami. Poza tym od seresty można się uzależnić jak od picia, personel niechętnie daje tabletki z puli rezerwy.

Do tego skacze mi ciśnienie. Mierzą mi teraz co najmniej pięć razy dziennie, za każdym razem są skoki, poziom za wysoki, zwłaszcza druga wartość, podobno ta ważniejsza. I ciągle te same pytania – jak się pan czuje, czy pan spał tej nocy, czy może pan coś złego zjadł, albo się czymś zdenerwował?

No nieźle, czyżbym się czymś denerwował?

A może jednak jest czym?

Siedzę na zamkniętej psychiatrii, chory i odizolowany od życia. Z pracy mnie wyrzucili. Mieszkanie zostało tak jak je opuściłem wychodząc po kolejny zapas wina i piwa. Do szpitala wzięli mnie prosto z ulicy, więc wszystko stoi jak w chwili wyjścia. Włączony telewizor, światła, drzwi nie zamknięte na klucz, cały bajzel w środku po kilku tygodniach picia na umór. Nawet nie chcę myśleć jak to wygląda i co tam się dzieje, czy ktoś zauważył, że nie mieszkam? Może ktoś wszedł, może okradli? Żona i córka w Polsce, nikt nie wie, że jestem w klinice. Zdrowie gorzej niż źle, na myśl o przyszłości odechciewa się wszystkiego. W nocy myślę zamiast spać. Zresztą i tak nie mogę usnąć.

Tyle by było na początek.

Poza tym nic się nie dzieje, nie mam się czym denerwować, nie wiem dlaczego skacze mi ciśnienie.

Biorą mi masę krwi do badania. Z żył, z palca, masę próbek na wszystkie możliwe testy. Powtarzają to dzień później. Wyniki – ogólnie źle, ale nic alarmującego. Wygląda na to, że głównie wątroba się regeneruje, że nie ma wprawdzie krwotoku w żołądku, ani w jelitach, ale poważny kłopot to fatalnie niska hemoglobina. Ale skoro krwotoku nie ma, to skąd? Lekarze na D2 to tylko psychiatrzy. Nie mogą pomóc.

Zapisują mnie na termin do generalnego badania u internisty, ma się to odbyć za kilka dni. Do tego czasu dostaję dietę na wszystko co może podnieść poziom żelaza.

Po czym wzywa mnie szefowa oddziału. Jest jeszcze kilku pielęgniarzy, mają notatki z mojej statystyki lekarstw, badań, wyników i codziennych obserwacji. Proponują, żebym spróbował wzmocnić ogólnie wytrzymałość, zacząć poprawiać fitness. Pytam jak to zrobić, skoro nie wychodzę z oddziału, mam przecież rygor zamknięcia. No więc udostępnią mi co wieczór specjalną łazienkę na kąpiele wzmacniające, z dodatkami mikstur ziołowych na odprężenie. I sugerują, żebym w tej łazience zaczął robić najprostsze ćwiczenia gimnastyczne.

Przed pierwszą kąpielą rozkładam ręcznik na kafelkach i po paru skłonach i przysiadach zaczynam od tzw. „pompek”. W normalnej formie robiłem bez specjalnego wysiłku co najmniej dwadzieścia. Teraz padam na twarz przy drugiej, którą wyciągam już na drżących rękach. Czyli jest aż tak źle? Kładę się do zielonej wody i zamykam oczy. Wszystko wiruje, jakby mój błędnik zerwał się do własnego życia. Zaczynam rozmyślać nad tym, żeby gdzieś znaleźć punkt oparcia, od czegoś zacząć. Jeżeli już tu jestem i odwyk trwa, jeżeli nie potrafię nawet ogarnąć rozmiaru szkód, które się stały i nie potrafię wymyśleć żadnej strategii na przyszłość, to przynajmniej jedno muszę doprowadzić do jakiegoś rozsądnego minimum – zdrowie. Potem może i kondycję. Ale do tego muszę wiedzieć od fachowców na ile się zrujnowałem. I co ewentualnie da się jeszcze ze zdrowia odbudować. Muszę odczekać na wyniki wszystkich badań i na rozmowę z internistą.

Powoli zadziałały zioła i kąpiel uspakajająca. Leżałem w wannie i układałem plan szczerej rozmowy. Jeszcze nie wiedziałem, że szykowałem się do bodajże najważniejszej rozmowy w życiu.

20:33, keram49
Link Dodaj komentarz »
środa, 13 października 2010
Trochę radości

Mamy terapie grupowe. I jedną z nich jest gotowanie. Ponieważ lubię i znam to, więc się zgłaszam. Spotykamy się w grupie, którą nadzoruje Roland. Jeden z psychoterapeutów. Jest wykształcony, poważny i pryncypialny. Zakup produktów to u niego kolektywna praca, budowanie team-komunikacji. Gotowanie to u niego też kolektywna praca, komunikacja między osobami, optymalizacja metod. I wreszcie jemy wspólnie to, co ugotowaliśmy – to też kolektywna praca, wymiana doświadczeń i komunikacja o metodach udoskonalenia metod i metodach udoskonalenia komunikacji interpersonalnych, oż boże ty mój, ile to ludzi gotuje wspólnie nie wiedząc, że fundują sobie właśnie terapię.

Ugotowaliśmy coś tam, udało się. Jemy wspólnie, czas na terapeutyczną pogawędkę, ma ktoś jakieś problemy, pytania? Roland do dyspozycji. Zaczynam w swoim stylu, że mnie coś interesuje. Słucham, proszę? – jak długo jest w klinice? Kilka lat. Czy spełnia się w swoim zawodzie? Oczywiście. Czy zdarzyło mu się w dotychczasowej karierze coś, czego teoria nie przewidziała? Nie wie o co pytam, więc wyjaśniam. Czy przeżył coś, co go zaskoczyło, co właściwie nie pasuje do standartów psychiatrii, ale jest czystym życiem? Właściwie to tak, przeżył coś takiego. Ze strony pacjentów, czy kolegów po fachu? Chyba obydwa przypadki. Zaczyna opowiadac. Na oddziale wolnościowym, gdzie właściwie wszystko było wolno, pacjenci byli późnym wieczorem głodni. Ponieważ kuchnia już nie wydawała, więc przez telefon zamawiali kurierami, taksówkami pizzę i dodatki. Efekt był taki, że noc w noc pod klinikę psychiatryczną zaczęły podjeżdżać taksówki z pizzą, napojami, deserami. Kierowcy inkasowali grube rachunki. Pizzeria była zachwycona, najlepszy klient w okolicy, nasza psychiatria! Tylko plotki się zaczęły. Co oni tam robia, na tej psychiatrii, że noc w noc i pizze i inne rarytasy – może balangi? Trzeba było przyhamować wolnościowe życie pacjentów. Aż taka wolność nie pasowała do standartów terapii. Drugi przypadek. Mój psychoterapeuta ma dyżur nocny. Wszyscy śpią. Cisza jak tylko w Szwajcarii na prowincji możliwa. Nagle łoskot, łomot, śpiew, dziedziniec kliniki ożywa. Pojawiają się pierwsze światła, głowy w oknach, biegną dyżurujący pielęgniarze. Na parkingu, na dachach aut tańczy jakiś osobnik. Okazuje się, że to jeden z pracowników kliniki, też kolega pielęgniarz. Jest po dyżurze. Wraca z prywatnej imprezy. Humor szampański, odwaga też podkręcona szampanem. Wybija obcasami rytm na kolejnych autach, przeskakuje z dachu na dach, stepuje, niszczy dach po dachu, ale śpiewa pełnym głosem. Zeskoczył szczęśliwy, krzycząc że kocha klinikę, ale ma gdzieś wszelkie terapie i wszystkich czubków, bo on jest normalny.

Rozmawiamy z Rolandem o psychicznym obciążeniu personelu. Długie przebywanie w zamknięciu wśród tylu chorych powoduje i u nich szczególny stan nerwów i umysłu. Przywiązanie do grupy, zaangażowanie w indywidualne losy, sympatię do niektórych osób. Ale i współczucie w przypadkach nieuleczalnych, a wreszcie jakby wewnętrzny bunt przed nieuchronnością wyniszczajacych chorób, niemożnością pomocy. Dotyka się tego wiele razy dziennie. I przy tym alarmy na wszystkich literach alfabetu, czyli na wszystkich oddziałach, niezależnie od statusu wolności. Prawdziwe, gdzie trzeba reagować i neutralizować pacjentów, albo treningowe, żeby ćwiczyć szybkość reakcji. Czasami jest tego za dużo. Zwłaszcza, gdy ktoś akurat nie ma przeciwwagi, odskoczni, relaksu. Wtedy przyjaciel szampan podaje rękę i oferuje szybki kurs odreagowania. Na przykład taniec i śpiew na dachach aut kolegów pielęgniarzy. Klinika to wprawdzie przystanek na drodze do normalności, ale dla pacjentów. A co z innymi?

13:42, keram49
Link Dodaj komentarz »
Boję się

Strach to moj brat blizniak. Na codzien boje sie skokow cisnienia, krwotoku, bolu  brzucha, raka. Wszystkiego sie boje. W pracy balem sie, ze poczuja zapach piwa, ze blad przy komputerze poczytaja za pochodna pijanstwa, w domu balem sie, ze znowu poczuja ode mnie smuge alkoholu i tak bez przerwy. Teraz wreszcie ucze sie zyc  bez strachu, przyznawac sie, ze mam nalog, ze nie jestem zlym charakterem, tylko chorym czlowiekiem. Ze sie lecze, ciagne w gore. To nie wstyd, ale strach pozostal, kto mnie zrozumie? Nalog to ciagly strach, a strach to nalog. Nalog to klamstwo. Klamstwo to nastepny strach, piekne kolko. Jak z tego wyjsc? Nie pic? Juz prawie nie wierze, ze potrafie. Tyle razy sie nie udalo!. Czym sie cieszyc? Na razie nie mam czym. Robie bilans. Zona i corka wyjechaly za granice, do rodziny, nie przez przypadek beze mnie. Jestem sam. Z pracy juz nic - wyrzucili mnie, jasne ze za alkohol, nie mam ani pomyslu, ani szans na nastepna prace. Forsa? Gorzej niz zle. Dlugi rosna. Nie place swiadczen, komornik ustawi wierzycieli w kolejce, nie mam dochodow, wiec nonszalancko nie place nic. Jak dlugo? Toz to Szwajcaria. Wprawdzie kraj dobrobytu, ludzie cierpliwi, urzedy tez. Ale skuteczne, wiem ze mnie dopadna. Teraz jestem strzezony, chroniony, leczony. Jestem chory, jestem w klinice, w moim alfabecie. Odwyk trwa. Ale gdzie i kiedy bedzie koniec tym razem? I co bedzie po wyjsciu?

Zastanawiam sie, kogo zawiadomic o tym co sie stalo. Zona i corka nie wchodza w gre, nie maja sily po raz ktorys brnac ze mna w bagno. Wyjechaly beze mnie. Siostra nie chce mnie znac, w wigilie Bozego Narodzenia splawia mnie jednym krotkim zdaniem - ja tez mam swoje klopoty! Wie oczywiscie, ze znowu jest zle przez picie. Zostaje wiec sem na cale swieta bez grosza przy duszy, co oznacza, ze nie bede mogl ani telefonowac, ani kupic gazety. Pielegniarki pytaja, kto do mnie przyjdzie w swieta. Nikt.  Jedna z nich, w moim wieku, Niemka daje mi 20 frankow na karte telefoniczna, prywatnie. Ona jedna wyczuwa co sie dzieje. Znowu wraca strach. Tym razem boje sie,  ze nie zbiore dostatecznie duzo sil, jakiegos nowego optymizmu, zeby przetrwac terapie. Ide do swietlicy. Rozmawiam z ta siostra, ktora dala mi pieniadze na karte telefoniczna. Czuje do niej zaufanie, a ona chyba poza zawodowym obowiazkiem okazuje mi jakby sympatie. Radzi mi poprosic o konsultacje, dodatkowe rozmowy z oddzialowym psychiatra. Umawiamy sie, ze zapisze mnie na pierwszy mozliwy termin. Tak zaczyna sie moja historia kontaktow z lekarzami. Najwiekszy efekt kilkumiesiecznynego pobytu w klinice. Historia pozbywania sie strachu. )***

Ale teraz nagle drzwi otwieraja sie i wchodzi Stefan. Pacjent, jest u nas od kilku tygodni. Dlugie do pol plecow wlosy, broda, wielkie oczy, twarz jak Jezus w najlepszej fazie. Stefan ma swoja muzyczna zabawke w reku. Wygrywa na niej melodyjke, programuje nastepne tony.  Potrafi to robic przez dwie godziny bez przerwy, spacerujac po korytarzau. Jest tez nalogowcem. Tez tylko alkohol, bez narkotykow. Do kliniki przywiozl go ojciec, ktory rozpoznal, ze jest az tak zle, ze nie da sie inaczej. Stefan najpierw pil popoludniami, potem w weekendy, potem co dzien. Trwalo to prawie trzy lata, rozpedzal sie- Ostatnie miesiace, to picie dzien w dzien. Stracil dziewczyne, prace, wszystko z konta. Poniewaz mieszkal u rodzicow, wiec mogl jesc, dostawal pieniadze. Ojciec czekal, ale wreszcie stalo sie. Stefan wrocil do domu, ale nietypowo. Byl wlasnie w trakcie podrozy po miescie z piekna prostytutka poderwana gdzies w barze. Wpadl do domu po forse, ojciec odmowil. Stefan wszedl na balkon drugiego pietra i zagrozil, ze jak nie dostanie forsy, to skoczy. Ojciec odmowil, Stefan skoczyl. Poniewaz byl pijany, wiec sie nie usztywnil, przezyl. Nie ma kontuzji kregoslupa, ani zadnych takich problemow. Ale z glowa cos sie stalo. Nie moze skupic mysli. Nie pracuje.  Nie ma z nim czesto przez kilka godzin kontaktu, opowiada tylko o muzyce. Kupil zabawke do generowania melodyjek i bawi sie nia jak maly chlopiec. Nikt nie jest w stanie powiedziec, na co Stefan cierpi, lekarze tez nie. Badaja i badaja. Stefan pociesza mnie, ze ja jestem w lepszym stanie, bo nie slysze muzyki. Fakt, nie slysze. Ale ja mysle o mojej przyszlosci, on chyba nie. On bawi sie pudeleczkiem, ktore zastepuje mu cale emocjonalne zycie. Stefan jest mlodszy ode mnie o blisko 30 lat, a juz jest wyeliminowany z zycia na zawsze. Lekarze twierdza, ze gdyby przestal pic rok wczesniej, to wrocilby do normalnosci, teraz jest za pozno. Pytam Stefana, czy wierzy w to, ze wroci do domu i do pracy? Kiedys moze tak. Moze? Usmiecha sie, wlacza pudelko z melodyjkami. Znowu podpelza strach. O co? O moje szanse? Moze za bardzo podeszla do mnie niewidzialna granica normalnosci - nienienormalnosci? Klinika dla mnie to raz ratunek i przystan nadziei, raz widmo wiezienia, nieodwracalnosci.  Moze to o to chodzi? Przeklety strach!

)*** Już po napisaniu tego odcinka zostałem zapytany, czy opis sytuacji, a właściwie opis stanu psychicznego z tego momentu gdy zostałem w szpitalu sam na święta – jest tylko wiernym opisem mojego ówczesnego nastroju? Formą dokumentowania chwili? Czy są to przelane do blogu notatki robione wówczas, na gorąco? I czy teraz, z dystansu czasu, ocena tamtej sytuacji pozostaje taka sama? Otóż wielokrotnie opowiadałem to kolejnym lekarzom i terapeutom, że jest pewna prawidłowość – ilekroć oddalałem się od ostatniego ekscesu, upicia się i pozostawałem dobrowolnie, bez lekarstw w całkowitej abstynencji, tym wyraźniej zmieniał się mój punkt widzenia i oceny zachowań – mnie samego i osób, które mnie otaczały. Zmieniało się autentycznie to co czuję i oceny za które uprzednio dałbym się posiekać i pokroić – wręcz odwracały się o 180 stopni. To co jest fenomenem – że i te pierwsze i te nowe nie były udawane. Były i wtedy i są teraz szczere. Później dowiedziałem się, że istnieje coś takiego jak osobowość, psychika, emocjonalność "mokra" i "sucha". Ta pierwsza funkcjonuje nie tylko pod promilami, ale długo, długo potem. Stopniowe wychodzenie z fazy odwyku to nic innego jak rekonwalescencja. Widzi się i ocenia te same zdarzenia i zachowania osób zupełnie odmiennie. To tak jakby ktoś leczył złamaną nogę. W chwili i tuż po wypadku czuje i wierzy, że nie może na niej stanąć, a po kilku miesiącach wierzy i czuje że znów jest sprawny. Obydwie oceny były i są szczere.

Dlatego wtedy reakcję mojej siostry odczułem jako spławienie, a nie jak obronę jej spokoju. Przez długie lata mniej czy bardziej wciągałem ją w swój nałóg, aż wreszcie przyszedł moment, że rzuciła słuchawką. Może i dlatego, że trafiłem akurat w wigilię świąt? A żona i córka? Ileż to razy były przy moich kolejnych trzeźwieniach i ratowały mnie z kolejnych katastrof? Tamte święta planowaliśmy od tygodni. Gdy w grudniu budziłem się z kolejnych alkoholowych transów, telefon codziennie wyrzucał nagrane pytania, potem już tylko przerażenie. Nie było ze mną szansy kontaktu. Bilet został obok mnie w Zurichu, w samolocie siedziały obok pustego miejsca. W Krakowie czekali wszyscy do ostatniej chwili, nie wierzyli że mogę nie przylecieć. Uwierzyli po telefonie, że jestem w szpitalu i że decyduję się na zamkniętą psychiatrię. To właśnie na tę rozmowę dostałem pieniądze od pielęgniarki Niemki. Wtedy odczuwałem tylko jedno. Że jestem sam, opuszczony. Teraz oceniam to inaczej.

13:06, keram49
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 12 października 2010
Lekarze

Czekam na pierwszą rozmowę z szefową oddziału. Niemka. Elegancka, poważna, pyta jak się czuję. Świetnie. Jak przebiega odwyk? Dobrze, już nie czuję drżenia rąk i głosu, mówię. Chciałbym jak najszybciej dostać odrobinę wolności. Jak pan to rozumie? No, chciałbym móc wyjść sam do recepcji naładować kartę telefoniczną, albo na spacer.


– kartę może panu załadować pielęgniarka, na spacer ma pan jeszcze czas. Dlaczego nie? Bo widzę u pana oznaki odwyku. Głos się poprawił, ale drżą panu usta, nieświadome ticki, ja to widzę, pan nie.

 

Była taka historia przed rokiem, opowiedzieli mi ją pielęgniarze. Grupa wyszła na spacer. Sześciu pacjentów i dwóch pielęgniarzy. Wyszli z parku kliniki, szli do miasteczka. Nagle jeden z pacjentów zaczął przyspieszać, oddalił się na kilkadziesiąt metrów. Nie reagowali. Przed dworcem nagle odbiegł od grupy i stanął na barierce nad torami. Nie zdążyli dobiec, skoczył pod pociąg, zginął na miejscu. To jest właśnie odwyk. Trwa tygodniami, ciało niby w porządku, ale myśli rozedrgane, wartościowanie rozedrgane, a najgorsze, że wszystko negatywne, wszystko bez sensu. Więc nie dostaję złagodzenia rygoru, nadal tylko w D2, na korytarzach, w świetlicy, w pokoju.

Za to dostaję propozycję pójścia na grupę terapeutyczną – odwyk od narkotyków i alkoholu. Coś dla mnie. Jest nas kilkunastu, krzesła jak zwykle w koło. Nie czuję się dobrze, wyczuwam od razu sztuczność, coś mi nie gra. Prowadząca grupę piękna kobieta, mówi z angielską manierą i akcentem, mam wrażenie że liczy w myśli minuty do końca terapii. Każdy opowiada jakąś ckliwą historię jak to miał trudny dzień, trudną rozmowę, jak to sięgnął po kieliszek, albo proszek. Banały. Mnożenie opowieści, ale gdzie sens? Gdzie wnioski? Pić czy nie pić, brać czy nie brać? Nikt nie wie. Prowokuję jednego z rozmówców, żeby mi powiedział, gdzie widzi siebie za trzy lata. Mówi że znowu w klinice, po kolejnym nawrocie nałogu. Więc chcesz, czy nie chcesz pić? Nie wiem. To czego oczekujesz od obecnej kuracji? Że mnie podleczą. Z czego – z nałogu? Przecież tego nie da się uleczyć! Więc on na to, że nie chce uleczenia, tylko podleczenia. Konczę rozmowę. Mówię prowadzącej, że nie powiem jej "do widzenia" – dlaczego? Bo nie chcę pani więcej widzieć. Mnie? Nie, nie pani, tej kliniki. Wie pani, mam za sobą już ileś tam takich grup jak dzisiaj. I co? I odczuwam coraz dobitniej, że jestem sam, że wobec nałogu stoję sam, że grupa i terapia to tylko mnożenie pojedynczych nieszczęść i że nikt mi nie jest w stanie pomóc. Czuję się po prostu sam. Nie mam ani pomysłu, ani cierpliwości międlić wkoło o tym dlaczego piję i jakie to złe. Wracam na moje D2.

13:34, keram49
Link Komentarze (1) »
Na pewno pacjenci?

Pete jest dealerem kokainy. Pilnuje go policja, wiec jego opwiesci nie sa tak calkiem zmyslone, cos ma za soba, jakas przeszlosc. Jest malomowny, ale ma dwoch kolegow, ktorzy sa bardziej rozmowni i od nich wiemy wiecej o Pete. Zaczal jako handlarz, uliczny dealer kokainy. W trakcie interesow zaczal sam brac i teraz jest rzeczywiscie uzalezniony. Wszedl w Zurichu na obcy rewir handlu i zadarl z grupa Turkow. Nie posluchal ostrzezen, a nawet naublizal im od posledniej rasy, wiec poranili go nozem. Nie uwierzyli, ze akurat wtedy byl calkowicie nacpany. Nie przestal handlu w ich sektorze, wiec pewnego wieczoru wsadzili go w auto, wywiezli za miasto i wyrzucili przy pelnej szybkosci. To bylo ostatnie ostrzezenie. Ma ciezka kontuzje barku, nie moze podnosic reki. Wstawione platynowe plytki, ale cierpi na okresowe powroty bolu. Wtedy leczy sie kokaina. Bledne kolo. Poniewaz szukali go i Turcy i wierzyciele i policja, wiec zglosil sie do kliniki. Jest rzeczywiscie narkomanem na odwyku, ale tak na prawde to chce przeczekac. Policja juz go ma, ale chroni go status pacjenta. Gangi na zewnatrz nie wiedza gdzie Pete zniknal, szukaja go po melinach. Pete mowi, ze w gangach zmieniaja sie osoby, za jakis czas zapomna o nim. Tak sie ludzi. Probuje telefonowac do wspolnikow, ale oczywiscie nie mowi gdzie akurat jest, to nie jest w tej branzy dobrze widziane, bo nie moga sie z nim spotkac. Pete ma jeszcze depresje. Sa chwile, ze gra twardziela i mowi gwara, ale sa chwile ze placze i trzesie sie. Bierze leki i na odwyk i na uspokojenie, i na sen. Spotykamy sie czesto w swietlicy, ja nad krzyzowka, albo sudoku, Pete probuje telefonowac, szukac kontaktow. Zapytal mi sie, czy to prawda, ze siedze tylko dlatego, ze za duzo pije. Mowie ze tak. Pete na to:

- to nie moglbys mniej pic, skoro masz klopoty?

Mamy mnostwo obowiazkowych zajec. To terapie, kolka zainteresowan, sport. Jeden z wieczorow to kolko dyskusji na tematy, ktore wybieraja pacjenci. Podaje temat "strach". Strach to czesc mojej pijanej osobowosci, mowie. Strach przed wpadka w pracy, przed kolejnymi stratami forsy, przed klopotami w rodzinie. Strach przed wyjawieniem kolejnych malych klamstw. Strach pcha mnie do kieliszka, bo na rauszu strach znika. Jak wyjsc ze strachu? Jak uciec przed strachem? I zaczelo sie. Mielismy nieco ponad godzine czasu, a rozpetala sie burza na dwie godziny, a konca dyskusji nie widac. Tak poznalem Jensa. Wysoki, malomowny Niemiec. Stale czytal ksiazki. Wydawal mi sie najbardziej spokojny i najbardziej zrownowazony. Ma za soba dwie proby samobojcze, dwukrotnie go odratowali. Opowiada mi, ze zaczyna sie od rozmyslan nad sensem zycia. Sensu nie ma, to jest predzej czy pozniej jedyna konkluzja. Wtedy pojawia sie strach. Podpelza, dusi, paralizuje. Nie ma jak uciec, Jens probowal roznych sztuczek. Ucieczki w przyjemnosci - stracil przyjaciolke. Ucieczki w  lekcewazenie wszystkich zasad i nieprzejmowanie sie - stracil prace. Teraz jest w klinice. Nie boi sie, ale wie, ze to dzieki lekarstwom. Boi sie wyjsc. Symuluje kolejny strach. Musza mu wierzyc, jak udowodnic komus, ze sie nie boi? Krew, cisnienie, waga i wszystko inne w porzadku, a czlowiek sie boi. Lekaze wierza, eksperymentuja z pastylkami, terapiami grupowymi, a pacjent i tak wraca do swojej obsesji - ze boi sie wyjsc i zyc samodzielnie. Jens poprosil mnie po miesiacu o prywatny numer telefonu. Ze jak kiedys wyjdziemy i ulozymy sobie jako takie zycie, to zadzwoni. Nie zadzwonil nigdy.

Skacze mi cisnienie. Nie wyglada dobrze poziom hemoglobiny. Dramatycznie za niski. Mam rozmowe z lekarzem. Mowi, ze powinienem jesc zelazo w pastylkach, ale po zelazie stolec jest czarny. A z kolei jedyna metoda natychmiastowego wylapania objawow krwotoku wewnetrznego zoladka, to obserwacja stolca - gdy jest czarny, to krwotok. Bledne kolo. Mala hemoglobina,wiec jem zelazo, stolec czarny. Z krwi, czy z zelaza? Decyduje sie mimo wszystko jesc zelazo. Dwa dni pozniej hemoglobina ani drgnie. Klada mnie w IZO, aplikuja dzien w dzien jedna transfuzje krwi i plazmy, tzw. konserwe. Czuje sie silniejszy, hemoglobina wreszcie drgnela w dobrym kierunku. Moge jesc zelazo, stolec czarny, ale to nie z krwi. Wracam uradowany z IZO do mojego pokoju, chwilowo jestem sam.

Pierwsza noc. Budzi mnie ktos szarpiac za reke. - "czy masz numer kierunkowy do Izraela?.." Nie, nie mam. Przede mna stoi szczupla kobieta, w szlafroku, znam ja z widzenia z naszego oddzialu, jest nowa od kilku dni. Nie, nie znam numeru do Izraela. Znika, nie pyta o nic wiecej. Na drugi dzien dowiedzialem sie, ze pukala do wszystkich pokoi. Nikt nie znal numeru kierunkowego dom Izraela.  Doprowadzila wszystkich do takiego stanu pukajac i pytajac o ten nieszczesny kierunkowy, ze wreszcie wzieli ja do IZO. Tylko na jedna dobe, wrocila spokojna, milczaca.

Heidi robi na drutach. Dzien i noc. Odwiedzaja ja dwie dorosle corki, przynosza nowa welne. Siedza wtedy w trojke w swietlicy, ogladaja wzory na swetry, dyskutuja o sciegach. Heidi jest nauczycielka w malym miasteczku. Wydaje mi sie taka spokojna, zrownowazona, co ona w ogole u nas robi? Robi na drutach, ale dlaczego po raz ktorys z rzedu w klinice? Dowiedzialem sie na pierwszym grupowym zebraniu oddzialu. Idzie tzw. runda, to znaczy kazdy moze powiedziec co go boli, albo co go cieszy, zwrocic uwage na swoje sprawy, takie wewnetrzne forum. Heidi proponuje, ze na weekend moglaby upiec ciasto dla wszystkich. Pielegniarz podchwytuje pomysl, chwali, ale mowi ze na weekend to duzo pacjentow opuszcza klinike na przepustki, ze moze by tak w inny dzien? I Heidi eksploduje. Placz, histeria, krzyk, wybiega z sali, trzaska drzwiami. Przyprowadzaja ja z powrotem, jest nie do poznania. Klebek nerwow, rozpaczy, lzy, zawodzenie, brak kontaktu. Dostaje leki i wraca do swojego pokoju. Juz wiem dlaczego corki tak smutne, gdy na kolejnej wizycie prezentuja mamie nowe wloczki i nowe sciegi. Heidi byla na oddziele, gdy ja przyszedlem. Odchodzilem z D2 na D3 w pazdzierniku, Heidi byla. Opuszczalem klinike w styczniu nastepnego roku, Heidi byla. Czyli nie bylo dobrze. Spotkalem Heidi wiele miesiecy potem w centrum miasta, przesliznela sie wzrokiem - nie poznala, a moze nie chciala? Moze byla znowu dobra nauczycielka w malym miasteczku?

Roman mi sie zwierza. Zakochal sie w pacjentce z innej litery alfabetu. Yasmin byla na oddziale zamknietym, bodajze C1, teraz jest na polwolnosciowym. Kaleczyla sobie rece az do lokci - w depresji, znany objaw, klasyka. Zabandazowali jej rece az do lokci. Wiec pociela sobie lewa strone twarzy, lewy policzek. I przyjazni sie z Rosjanka Natasza. Ta probowala w domu popelnic samobojstwo, okrecila sobie szyje gumowym wezem, ale cos nie wyszlo i obsuwajac sie wzdluz sciany, polprzytomna, pohartala prawy policzek. Teraz spaceruja przez nasz park dwie piekne pokiereszowane przyjaciolki. Yasmin z pocietym lewym policzkiem, Natasza z prawym. Roman mowi mi tak: Yasmin chce sie ze mna spotkac, ale marzy o wyjsciu do miasteczka, do kawiarni. Powiedzny, ze dadza nam wreszcie przepustke. Jak ja mam z nia wyjsc do kawiarni? Z ta pokiereszowana geba? Jej przyjacielem jest podobno policjant, podobno smiertelnie zazdrosny. Podobno odgraza sie, ze zastrzeli kazdego, kogo zobaczy z Yasmin. Ona chce wziac do towarzystwa Natasze, ale wyobrazasz sobie taka scene? Ja w kawiarni z dwoma pocietymi i zabandazowanymi babami i smiertelnie zazdrosny policjant? Roman to konfabulujacy schizofrenik, ale moze tym razem mowi prawde?

13:07, keram49
Link Dodaj komentarz »
Sir, yes Sir!

Podszedl do mnie w moim drugim dniu na D2, w trakcie sniadania. Siadl bez slowa, jadl w milczeniu. Po kilku minutach wstal, zblizyl sie do okna, wpatrzyl w mgle nad jeziorem, wlasciwie to sie zamyslil, nic nie ogladal. I nagle przemowil. Glosno i tak sugestywnie, ze wszyscy przestali jesc i odwrocili sie do nas. Thomas recytowal. Po angielsku, dlugi, skomplikowany tekst. Swietnie akcentowal. Mowil przez kilka minut, zmieniajac intonacje. Najwidoczniej odgrywal sceny z kilkoma osobami. Wyglosil te teksty i usiadl, jakby nic sie nie stalo. Jedlismy w milczeniu, oczywiscie ze nic sie nie stalo, wiec nikt ani nie zareagowal, ani nie poinformowl pielegniarzy.  Wszyscy sa przyzwyczajeni, ze przy sniadaniu moze sie zdarzyc duzo. Najwiecj z calego dnia. Kazdy z nas jest po nocy albo z lekarstwami, albo bez. I tak i tak jest ryzyko, ze cos sie z organizmem dzieje. Jedni nie przespali ani minuty, sa na prochach. Inni przespali na prochach wiekszosc nocy, snili, krzyczeli, plakali, marzyli, bali sie. Inni meczyli sie miedzy snem, a jawa, zmagali z bezsennoscia i koszmarami depresji. Potem nagle na zawolanie trzeba wstac, umyc sie, wziac pierwsze tabletki i zjawic sie na sniadaniu. Pokoj trzeba opuscic, wejsc do jadalni gdzie wszyscy patrza na ciebie, siasc i jak gdyby nigdy nic zaczac dzien. I wtedy puszczaja nerwy. Swiadomie, lub podswiadomie wiesz, ze zaczyna sie kolejny dzien w zamknieciu, ze znowu te rutyny, badania, zajecia, leki, a ile jeszcze takich dni przed toba? A w miedzyczasie rozrywki. Spacery od sciany do sciany po kolorowych traktach naszego Alcatraz.

Thomas zyl w filmach. Utozsamial sie z bohaterami, wskakiwal w srodek akcji. Mial autyczna pamiec do tekstow, recytowal role. Na mnie trafil akurat gdy byl w "Lord of the Rings". Trwalo to kilka dni. Po czym wrocil do swojego ulubionego tekstu. Nie wiedzielismy nigdy, czy to bylo   z "Top Gun", czy jakiegos innego amerykanskiego militarnego syfu. Wygladalo to tak. Thomas slucha co mowilmy, patrzy, usmiecha sie, wybiera kogos z nas, po czym podrywa sie, staje na bacznosc, strzela obcasami, dlon do wyimaginowanej czapki i melduje: "Sir, yes Sir!". I znowu strzela obcasami. Melduje - to skromnie powiedziane. On wrzeszczy! To "Sir, yes Sir!" dochodzilo do nas o kazdej porze dnia i nocy, raz z jadalni, raz z korytarza, to znowu ze swietlicy, sprzed telewizora. Kilka sekund tylko. Ktos cos mowi, albo w trakcie terapii grupowej lekarz zadaje pytanie i nagle Thomas - wstaje,  strzal obcasami i amerykanski wrzask rekruta "Sir, yes Sir!!.."  W miedzyczasie byly inne filmy, ale tylko jako przerywniki, Thomas byl wierny armii, dobry zolnierz. Polubilem go. Kilka razy podchodzil do mnie w jadalni, siadal, zaczynal rozmawiac. Thomas znal sie na muzyce. Opowiadal mi o kwartetach smyczkowych, Mozarcie, koncertach. Rozmawialismy o jego rodzinie, wakacjach, o ksiazkach - czytal chetnie, tak jak ja, biografie politykow. Thomas byl spokojny i nigdy  nie wybuchal agresja, Czekal na pierwsza zgode  na wyjscie na przepustke, na weekend w domu. Bral lekarstwa, rozmawial z psychologami i lekarzami, walczyl o pierwsze wyjscie. I przyszlo. Opowiadali mi koledzy, z pierwszego stolu oczywiscie, co sie wowczas stalo. Thomas wracal z Zurichu autobusem. Usiadl calkiem z tylu, byla niedziela, pozny wieczor, autobus prawie pelny glownie mlodziez z wieczornego wypadu do miasta. Gwar. Autobusem jedzie sie do naszej kliniki niecale pol godziny. Minelo kilka minut i nagle w autobusie slychac krzyk "Sir, yes Sir!!".. Nasz Thomas melduje sie jakiejs parze. Poploch. Na pierwszym przystanku ucieka duzo mlodych. Thomas melduje sie nastepnym. Wszyscy  ktorzy rozmawiaja maja przed soba Thomasa i "Sir, yes Sir!". Wiec mlodziez ucieka na kolejnych przystankach, zostaje tylko kierowca i Thomas. Kierowca wie, ze Thomas jest od nas, ze to czubek. Niegrozny, nie ma po co wzywac pomocy. Klinika blisko. Wiec kursowy autobus zjezdza z ulicy, pnie sie pod gore do naszego parkingu, mija brame i recepcje. I oto mamy zolty autobus, w srodku nocy, przed brama D2 - z jednym jedynym pasazerem - naszym Thomasem. Kierowca otwiera drzwi, slychac syk hydraulicznych zawiasowi i Thomasa, jak sklada ostatni meldunek kierowcy "Sir, yes Sir!".

Gdy przychodzilem na D2 - Thomas juz tam byl. Gdy po wielu tygodniach wspinalem sie na szczebelek alfabetycznego awansu - przenoszono mnie na polwolnosciowy D3, zegnalem Thomasa, ktory nadal byl na D2. Nie drgnal w alfabecie nadziei. Nikt nie mogl mu nawet w przyblizeniu okreslic, kiedy wyjdzie. A moze i lepiej, ze nie musi wracac do swiata, gdzie na prawde istnieje "Sir, yes Sir?..."

09:53, keram49
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 11 października 2010
Pacjenci

Kilku pierwszych widzialem przelotnie. Przygotowano mnie, ze na oddziele spotkam wszystkie mozliwe przypadki. Urazy, choroby psychiczne, fazy roznych odwykow. Nic nie powinno mnie ani zdziwic, ani przestraszyc. Nie ma pacjentow niebezpiecznych. Tych zamyka sie w IZO, daje leki uspakajajace. Chyba ze ... no wlasnie. Chyba ze zdarzy sie cos nieprzewidzianego. Pytam czy czesto sie zdarza. Nie, nie czesto, srednio raz na tydzien. A jezeli nawet, to obsluga reaguje natychniast, jest w zasiegu wzroku, kilku sekund. Pytam po co funduja mi to wszystko, te mieszanke chorob i pacjentow, skoro moj przypadek jest jasny - odwyk alkoholowy.

- zebys zobaczyl, dotknal tego, co moze sie stac z toba w przyszlosci. Jezeli nie przestaniesz pic, nie zastopujesz nalogu, to predzej cy pozniej dolaczysz do tych nieszczesnikow. Chyba ze juz nie zdazysz, ze cie nie odratuja gdzies na ulicy czy w knajpie, albo usniesz z przedawkowania. Wielu z tych obecnych bylo wczesniej u nas w takim stanie w jakim jestes teraz. Z nimi tez tak rozmawialismy, nie pomoglo.

- rozumiesz?

- rozumiem.

Nadchodzi "kicker". Lekko chwieje sie, zatacza. Kopie przed soba pusta flaszke po coli. Drybluje miedzy stolikami w jadalni. Nas nie zauwaza. Cos mamrocze pod nosem. Flaszka grzechocze, odbija sie od scian. Pielegniarz podnosi flaszke, spokojnym monotonnmy glosem mowi "na dzis wystarczy, juz pogralismy". Kicker kladzie sie na stole, wyciaga rece i nogi , cos mowi do siebie, nie protestuje. Po jakims czasie wstaje, znika w swoim pokoju. Za chwile wraca. Teraz kopie kartonowe male pudelko, chyba po cukierkach. Drybluje wokol kwiatkow w swietlicy. Odbieraja mu pudelko, znika. Znowu wraca i kopie wlasna koszule. Pielegniarz idzie za nim. Zaraz odbierze mu koszule, wytlumaczy ze na dzis juz dosc grania. Moze kicker przestanie, nikt nie wie. Kicker to schizofrenik, ma zaniki pamieci, nie zawsze kontakt z otoczeniem. Wlaciwie to na pewno za chwile znow zacznie cos kopac. Swojego buta, albo spodnie. Nie rozbiera sie nigdy calkiem do naga, wiec czesto brakuje mu juz rzeczy do kopania. Wtedy kladzie sie gdziekolwiek i spi. Czesto na korytarzu, albo w jadalni. Obchodzimy go wtedy, nie budzimy, kicker nikomu nie przeszkadza, jest zawsze cichy i taki smutny. Raz przyszedl prawie nagi na sniadanie, nic nie kopal. Ustawil sie w kolejce po mleko. Nikt nie zareagowal. Ostatecznie jestesmy wsrod swoich ,najrozniejsze przypadki. Pielegniarz spokojnie przypomnial mu, ze trzeba sie ubrac. Kicker nalezy do krajobrazu oddzialu, mozna go spotkac o kazdej porze dnia i nocy. Albo cos kopie, albo szuka kolejnej pilki, albo spi.

Mamy jakby stale miejsca w jadalni. Stol pierwszy - elita. Najdluzszy staz. Tygodnie, miesiace, a jeden nawet ponad rok w klinice. Elita zna wszystkich lekarzy. pielegniarki po imieniu, oczywiscie pacjentow tez . Wie kto jest kto i na co choruje, dlaczego jest w klinice. Przy stole pierwszym nie moze siedziec swir, ktos kto nie kontaktuje z otoczeniem, albo jest agresywny, albo nie panuje nad swoja fizjologia. Stol pierwszy nadaje ton oddzialowi. Pilnuje zeby dyzurni punktualnie nakrywali do posilkow, zeby  bylo posprzatane. W razie potrzeby pomaga personelowi w przywolaniu pacjentow na wizyty, zorganizowaniu zajec, ustawieniu stolkow do dyskusji w grupach. Stol drugi - zaplecze elity. Tez pacjenci normalnie funkcjonujacy, kontaktujacy z otoczeniem, ale nowi, jeszcze nie znajacy tajnikow oddzialu. Siadam niepewnie przy drugim stole, nikt nie reaguje. Czyli moze byc. Zaakceptowali mnie. Na pierwszy stol na razie nie mam szans. Zreszta widac po mnie na pierwszy rzut oka, ze nie jestem w formie. Drzaczka. podpuchniete oczy, krwiak na policzku, pokiereszowana skora na czole. Nie moge sie porzadnie ani ostrzyc, ani ogolic, bo rece rozdygotane tak jak nerwy. Ale rozmawiam do rzeczy. Fachowcy z pierwszego stolu wiedza, ze mam tylko odwyk alkoholowy. Objawy odwyku alkoholowego nawet najciezsze zaczna slabnac, zniknie drzenie rak i glosu, znikna rany i siniaki, uspokoje sie. Seresta pomoze, cudowny lek. Moj cel to stol pierwszy. Oni to wiedza i ja tez. Czekam.

Przy stole pierwszym szefem jest Johnny. Po piecdziesiatce, siwy, opalony, kierowca cysterny z mlekiem. Przed kilkoma miesiacami mial ciezki wypadek w pracy. Przygniotlo go cofajace sie auto, pekla czaszka. Operacja, wykrawanie krwiaka z mozgu. Niby wszystko sie udalo, ale Johnny chce nadal jezdzic swoja cysterna. Na to musi miec zgode lekarzy. Po tak ciezkiej operacji boja sie, ze cos moze byc  nie tak z koordynacja, nerwami, refleksem. Johnny siedzi wiec u nas od kilku miesiecy, specjalnie na oddziele zamknietym, bo gdyby tak nagle stalo sie cos z jego mozgiem, to jest chroniony. Do Johhnyego przyjezdza profesor z kliniku uniwersyteckiej, ten ktory go operowal, Johnny ma nadzieje, ze niebawem wyjdzie. Ja mam nadzieje, ze gdy zwolni sie miejsce po Johnnym, to sie wszyscy przesuna o jeden stolek do przodu i wtedy wskocze do pierwszego stolu. Johnny wie, ze wyjdzie niedlugo, ale nie puszcza farby kiedy. Cieszy sie na prace. Ja nie mam ani pracy, ani terminu na wyjscie. Ciesze sie na pierwszy stol, zyciowy awans.

Reszta pacjentow miesza sie przy pozostalych stolach. Nie maja stalych miejsc, niektorzy i tak w ogole nie kontaktuja gdzie siedza i co robia. Zyja w swoim swiecie i w swoich wizjach. Trzeba ich tylko dopilnowac, zeby nie przeszkadzali innym, nie robili zamieszania i nieporzadku, zeby w miare czysto wygladali. Tego pilnuje wlasciwie personel, ale czasem trzeba szybko zawiadomic pielegniarzy, ze cos sie w jadalni dzieje. Ze ktos cos rozlewa, rzuca, atakuje innych. Wtedy stol pierwszy jest posrednikiem, reaguje, uspakaja, wola pielegniarzy. I jadalnia wraca do normy - jedzenie to przeciez wazna rzecz. Instykt zdobycia zarcia bierze gore, ale za chwile jestesmy wszyscy razem jedna rodzina w klinice,  chorzy, czubki, swiry, smutni depresyjni, drzacy odwyk. Jest mozliwosc poobserwowania, porozmawiania, dowiedzenia sie ciekawostek i plotek.

Przed kazdym jedzeniem pobieramy lekarstwa. Ustawiamy sie w kolejce przed dyzurka i pojedynczo podchodzinmy do okienka. Nastepny musi czekac w odpowiedniej odleglosci, pobieranie lekarstw to sprawa osobista, nie wolno stac z boku i wpatrywac sie. Nie powinnismy wiedziec co kto zazywa. Porcje lekow, czasami nawet kilkanascie pigulek, trzeba polknac od razu, tak zeby pielegniarz widzial. Kazdy dostaje kubeczek z woda. Niektorzy maja leki rozgniecione, zeby nie chowali pod jezykiem. Gdy wydajacy leki ma podejrzenie, ze nie polknales, ze trzymasz pastylke pod jezykiem, albo wode w ustach, to moze sprawdzic, kazac wyraznie polknac. Leku nie mozna nie brac, odmowa to odmowa kuracji, moga cie usunac z kliniki. A tych, ktorzy o sobie nie decyduja mozna wrecz zmusic do zazywania. Chodzi o zdrowie i bezpieczenswtwo . Tego ktory lyka i innych.

Ide na krotki spacer po korytarzu i oto stalo sie. Biegnie za mna dziewczyna i wola zawodzacym, placzliwym glosem: "Cecile, Cecile!!¨!" Nie jestem ani Cecile, ani jej znajomym, Ona krzyczy - "ty jestes z policji!!!" Nie jesetm ani Cecil, ani z policji, co robic? Ide spokojnie, ona za mna. Nagle przestaje krzyczec, podbiega do okna i szlochajac wola: -boze, wez mnie stad, boze ja nie chce dluzej!.. Teraz ja rozumiem.

Roman jest w elicie, pierwszy stol. Brylantyna w stojacych wlosach, sluchawki MP3 w uszach. laptop dobrej marki w sieci. Pelny bank danych o lekarzach, pielegniarzach i romansach pacjentow. Chodzaca encyklopedia. Opowiada mi historie po historii. On sam jest narkomanem na odwyku. Heroina i od czasu do czasu LSD. Twierdzi, ze zna mafie balkanska, dealerow z centrun Zurichu, ktorzy  przestrzelili mu udo, ze wlasciwie jest tylko czasowo w klinice, zupelnie swiadomie zeby odpoczac, a potem wraca do Ameryki Poludniowej, gdzie jest jego prawdziwy swiat. Bywa tam regularnie. Tam sa narkotyki w wolnej sprzedazy, tam mozna i brac i handlowac, nie jak w prymitywnej Europie, gdzie nic nie mozna.

Roman gra, tokuje, bryluje, jest numerem jeden wsrod nas. Tylko ze czesciej niz my wszyscy chodzi po "rezerwe". To lekarstwa uspakajajace, ktore kazdy z nas moze w chwili kryzysu dostac natychmiast z dyzurki. Glownie w nocy. To taki wentyl bezpieczenstwa. Lekarze wiedza o tym, masz wpisane w karte, ze rezerwe mozesz wziac kiedy chcesz, najczesciej przed zasnieciem, zeby sie uspokoic, zeby nie wybuchnac. Rezerwa to nadzieja, twoj osobisty manewr w chwili kryzysu, ale kto ma rezerwe, to znaczy, ze moze byc niepoczytalny w kilka chwil. Czyli status zero wolnosci, nie czubek, lecz czub, swir. Roman zuzywa wszystkie rezerwy i awanturuje sie o dalsze. Pielegniarze telefonuja do lekarzy, daja mu nastepne tabletki. Bo Roman to schizofrenik konfabulujacy. Nie zna i nie znal nigdy mafii. Nie zna dealerow. Nie byl nigdy w zyciu ani w Ameryce Poldniowej , ani w Kreis 4. w Zurichu, gdzie sie ostro handluje. Roman ma wszystko tylko w glowie i umie opowiadac. Czesto wpada w depresje i placze, ale  wrtedy go nie widzimy. Zamykaja go w IZO. Wraca po kilku dniach i znowu opowiada o nowych kontaktach z mafia. Wlasnie widzial sie z kurierami, obnizyl ceny pojedynczych porcji, kogos szukali, kogos postrzelili. Roman numer jeden.

Podsluchalem niechcacy taka rozmowe Romana.

-mamusiu, kup mi ladowarke do komorki!

- jak to po co? A co ja tu mam w tej klinice?  Jesc nie moge, pic nie moge, cpac nie moge, dziewczynek nie ma, ciupcac nie moge - mamusiu, kup mi ladowarke do komorki. Bede mogl przynajmniej dzwonic, a nie mam forsy na ladowarke.  Mamusia kupila, Roman dzwonil i konfabulowal jak zawsze.

Moj wspolmieszkaniec w pokoju to Werner. Chyba starszy ode mnie, nie mowi prawie nic. Nie pyta sie dlaczego jestem w klinice. Raz opowiedzialem mu, ze odwyk. Na to on, ze tez odwyk. Ja, ze alkohol. Werner na to, ze on tez alkohol. Po czym zaczal opowiesc. Ze potrafi wypic duszkiem litr whisky i nic sie nie dzieje, zadnej reakcji. Sprawdzali mu po tym litrze alkoholomierzem poziom we krwi i wykazalo ulamek promila, czyli trzezwy. Pytam jak szybko po wypiciu sprawdzali, bo promile przychodza po czasie. Werner mowi, ze kilka razy, nawet godzine po wypiciu - i nic, zadnych promili. Pytam dlaczego wiec siedzi zamkniety na D2? Bo lekarze tak zadecydowali. Noc, budzi mnie szmer wody. Werner pierze cos w umywalce, woda plynie. Potem slysze szmer wyplywajacej wody z umywalki. Zapalam swiatlo. Werner stoi przed umywalka, zatkal dziure jakas sciereczka, woda wycieka do pokoju. Pytam czy wie co sie dzieje. Werner wyjasnia, ze setek karaluchow, ktore sa na podlodze nie mooze inaczej wytepic, tylko utopic. Dlatego leje wode. Rzeczywiscie mamy juz pelno i w przedpokoju i pod lozkami. Cala podloga zaslana gazetami. Wszystkie nasiakniete woda. Werner dokladnie poutykal wszystkie katy, drzwi od szafy, drzwi wejsciowe. Wody przybywa. Werner z usmiechem przyglada sie powodzi. Widzisz jak sie topia? -Nie, tu nie ma karaluchow. -Sa! Werner je widzi i topi.

Wstaje, brodze przez plywajace gazety, ide po pielegniarzy, opowiadam co sie stalo. Atakowal pana? Nie. Byl agresywny? Nie. Czesto to robi? Nie, teraz jest pierwszy raz. Posprzatali, wzieli gazety z podlogi, Werner cos dostal do polkniecia, popil, polozyl sie i usnal. Nie zmruzylem oka do rana.

Na drugi dzien wzieli Wernera. Byl jeden dzien w IZO, wrocil. Pierwsza wspolna noc. Budzi mnie jakis szmer. Werner stoi nade mna i pyta - widzisz? Co, gdzie?. Tam na suficie... Nie widze nic. - one poszly na sufit, widzisz jak sie kreca? Nie widze. Ani karaluchow, ani niczego, chce spac. Werner stoi nade mna, spokojny, tylko sie usmiecha, lecz i tak nie moge usnac. Rano zglaszam wszytko pielegniarzom. Byl agresywny? Nie. Grozil panu? Nie. No tak, rozumiemy, to nieprzyjemne.

Werner dostal oddzielny pokoj, zostalem sam.

15:58, keram49
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 06 września 2010
Jestem na D2

Jestem na D2. D to jest pawilon. Numer 2 to oddział. Im numer wyższy, tym lżejsze przypadki, oddział lepszy, bo mniej rygorów. Na D3 nie mam szans. Na razie. Mogę tam przejść po pierwszym okresie odwyku, gdy nie będę zagrożeniem dla siebie i innych. To samo dotyczy pierwszych liter alfabetu. A i B są dla ludzi już prawie wolnych. Nie od nałogów, ale od rygorów zamkniętej psychiatrii. Ci leczą się w wybranym czasie i rytmie. Nocują w domu, w dzień przychodzą na terapie i badania. Mają już za sobą piekło, potem czyściec innych liter alfabetu, teraz awansowali do specyficznego raju zwanego A lub B. Ten raj to życie bez zamków, systemów alarmowych, traktów bezpieczeństwa i osobistych kontroli. Pawilony E i G to elita finansowa, pacjenci najdrożej ubezpieczeni. Litera C to zarząd i administracja, H to sport.

Prawdziwe piekło to oddziały zamknięte. To tak zwane ostre przypadki. Koktail wszystkich chorób i pacjentów. Alkoholicy, narkomani, schizofrenicy, ludzie po wypadkach i urazach mózgu. Pierwsze fazy odwyków. Delirium, halucynacje, ataki szału. Agresja, płacz i wycie w nocy, rzucanie talerzami i garami, wywalanie rzeczy przez lufciki w oknach. Do tego tragedie niekontrolowanej fizjologii – w sumie mała wizja piekła ukrytego pod nazwą „oddział kliniki psychiatrycznej“. Na przykład D2. To moj oddział.

Jechałem, to znaczy wieziono mnie przez przepiękną okolicę. Wzgórza nad jeziorem, idylliczny krajobraz złotej jesieni, park, pawilony kliniki malowniczo wkomponowane w tarasowe zbocze gory. Cisza podkreślona delikatną mgiełką babiego lata. Czytam duże litery alfabetu na pojedynczych blokach. Mijamy kolejno A, D1, B3... Nic dla mnie jeszcze nie znaczyły, zresztą było mi wszystko jedno gdzie wyląduję.

Podjeżdżamy, sanitariusz z karetki melduje przez telefon, że mnie przywieźli, podaje personalia. Schodzi ktoś z mojego przyszłego oddziału, odbiera mnie z ambulansu, podpisuje dokumenty. Jak przesyłkę. Mam iść za nim, ale bez osobistych rzeczy, moja torba wędruje gdzieś na zaplecze. Formalności przyjęcia, ankieta, personalia raz jeszcze i oto jestem pełnoprawnym mieszkańcem D2. To oddział całkowicie zamknięty – informują mnie na wstępie. Przypadki szczególne i najcięższe. Istny labirynt korytarzy i drzwi, począwszy od wejścia do budynku, poprzez klatki schodowe, śluzy i windy, aż do mojego pokoju. Wszystko otwierane tylko z dyżurek, albo specjalnymi kartami, które ma tylko personel. Pierwsze badanie i rozmowa z lekarzami. Wydmuchuję do automatu ileś tam promili, trzeźwienie jeszcze trwa, odwyk dopiero się zacznie. Trzęsą mi się ręce, denerwuję się, że nie mogę wyraźnie mówić. Dostaję pierwsze tabletki na uspokojenie i coś, co będzie moją największą miłością na najbliższy czas. To seresta. Maleńkie, białe, nieznane mi dotąd pastyleczki. Seresta łagodzi potworne boleści brzucha, seresta eliminuje drżenie rąk, przegania strach, pozwala uspokoić myśli i zasnąć. Tylko trzeba jej być wierny, nie zdradzać dla innych lekarstw, obchodzić się z nią tak, żeby nie odwróciła się przeciwko tobie. To znaczy umiejętnie dozować i nie rzucić w kąt. I rozstanie z serestą też musi być przemyślane, przygotowane. Bo miłość nie może trwać wiecznie. Odwzajemniona miłość seresty może związać cię z nią na zawsze. Drugim nałogiem.

Przynoszą mi do pokoju torbę z osobistymi rzeczami. Pielęgniarka wysypuje wszystko i zaczyna się sprawdzanie. Zabiera mi to, co dostałem w szpitalu – maszynkę do golenia, nożyczki kosmetyczne, moje lekarstwa, w tym płyn do przemywania oczu (bo może zawiera alkohol). Rzecz po rzeczy, pedantyczna kontrola. Pada pytanie, czy nie mam gdzieś przy sobie przedmiotów ze szkła, albo metalu – a wszystko jak się dowiaduję – w trosce o bezpieczeństwo moje i pacjentów. Były próby samobójcze i ataki na innych. Potem oprowadzanie po D2. Główny korytarz nie więcej jak 25-30 metrów, potem kilkanaście kroków w bok, z drugiej strony jeszcze mniej. Dwa pomieszczenia z telewizorami i najważniejsze miejsce na D2 – jadalnia. Jadalnia, jednocześnie świetlica, miejsce terapii i zebrań całego oddziału, punkt spotkań. Największe pomieszczenie, z najpiękniejszym widokiem na jezioro i wzgórza na drugim brzegu. Na wolność. Porażający kontrast. Kolorowa klinika i za olbrzymimi oknami bajeczna panorama. Park, jezioro, lasy, łagodne wzgórza, a w dalekiej perspektywie Alpy. Piękno natury aż do bólu! Wszystko wykolorowane pełnymi barwami jesieni. Tyle że w oknach szkło pancerne. Nie do rozbicia ani ręką, ani głową. Doniczką z kwiatami też nie, widziałem taką próbę.

A w środku my. Lekarze, pielęgniarze i pacjenci. Chorzy? A może bardziej czubki? Świry? Krążymy wszyscy na niewielu metrach kwadratowych powierzchni, przemierzamy te kilkadziesiąt metrów korytarzy. Dokładnie dwudziestu pacjentów i kilkunastu (!) pielęgniarzy i pomocników. Lekarze przychodzą tylko na wizyty i dyżury, oni nie są „z nami“– na D2. Jesteśmy ubrani w swoje prywatne stroje, żadnych szpitalnych koszul, piżam, żadnej bezosobowej urzędowej bieli. A ponieważ nasza dwudziestka to przekrój kilku generacji wieku, zawodów, charakterów i psychicznych powikłań, więc i mody też. Kolorowo i na luzie, ekstragawancja dozwolona. I między nami personel. Dżinsy i t-shirty, bluzy, wysmakowane ciuchy. Wytrenowani pielęgniarze, nie do ukrycia wdzięk żeńskiej części personelu. Tylko sportowe obuwie, ciche i miękkie przypomina, że w każdej chwili mogą być szybko w akcji. No i klucze plus telefony przy boku odróżniają ich od nas – pacjentów.

Na D2 jest tak, że właściwie mogę tylko jedno – zażywać lekarstwa i poddawać się wszystkim medycznym zaleceniom, przestrzegać rytmu terapii. Reszta jest zakazana. Nie mogę sam wychodzić z obrębu piętra D2, zresztą wszystkie drzwi są dzień i noc zamknięte. Nie mogę wchodzić do innych pokoi i pomieszczeń personelu. Nic nie mogę. Okna sa zaryglowane, uchylone tylko małe lufciki dla odświeżenia powietrza. Zamknięta jest kuchnia, bufet w jadalni, wszystkie szafy i schowki ze sztućcami, pościelą, zapasami, wszystko zamknięte. Przejścia do innych części piętra też. Do dyżurek lekarzy też. Taki mały Alcatraz z wydzielonymi traktami do przemieszczania się. No i nasze pokoje, głównie dwuosobowe. Ochrzciłem D2 Alcatraz, bo tam za przepiękną San Francisco Bay widać piękne miasto – i u nas też za jeziorem śliczna mieścinka. Tam trakty bezpieczeństwa i brak wolności – i u nas też. Tam nie wiadomo w jakim stanie i czy w ogóle się wyjdzie – i u nas podobnie. Albo rewizje osobiste. Po każdym spacerze, lub kontakcie z odwiedzającymi odbiorą ci wszystko, co może być niebezpieczne dla ciebie, lub współsiedzących. Czujesz dotkliwie, jak z każdym sprawdzanym skrawkiem odzieży i każdym odebranym przedmiotem, drobiazgiem tracisz cząstkę wolności. I o to właśnie chodzi! Musisz czuć, że tracisz wolność. Bo doprowadziłeś się do takiego stanu, że wolny jesteś niebezpieczny co najmniej dla siebie samego. Teraz dają ci szansę odczuć co tracisz i poczuć chęć odzyskania swoich szpejów. Kosmetyków, maskotek, lekarstw, przysmaków – symboli życia normalnego. Czyż nie Alcatraz? Po rundzie zwiedzania D2 jeszcze krótka informacja gdzie co jest i jak funkcjonuje cała klinika. I tak na razie nic dla mnie, bo ani nie mogę wyjść, ani fizycznie nie nadaję się do samodzielnego działania.

Dostaję plan terapii obowiązkowych i dobrowolnych, jest tego kilkanaście w tygodniu. Teraz powinienem zapaść w codzienność. Spróbować uchwycić rytm życia oddziału, bo mam tu spędzić ładnych parę miesięcy. Pomiędzy terminami terapii mogę albo siedzieć w pokoju, albo krążyć po korytarzach (inni już krążą, widziałem), albo wejść do wspólnej dużej sali. I popatrzeć przez pancerne szkło. Na piękne jezioro i panoramę gór. I wrócić do pokoju, albo na korytarz.

Niestety zaczyna się najgorszy czas – jestem na styku trzeźwienia i odwyku. Początek odwyku znam jak zły szeląg. Z przeszłosci, z picia. Promile znikają, ale pomimo łykanej chemii organizm szaleje. Seresta nie może załatwić wszystkiego, muszę ją dozować. Wymiotuję, choć nie mam czym, trzęsie mi się każda cząstka ciała, zalewają mnie fale potu i zimna. Nerwy tak rozdygotane, że chce się wyć, o niczym nie mogę myśleć poza jednym – żeby tak dorwać jedno zimne piwo, albo łyk wódki! A tu nic. Nie mogę iść, słaniam sie. Wreszcie wzywam sanitariusza, on lekarza. Badają mi tętno, ciśnienia, reakcję nerwów. Jest źle. Aplikuja mi jakiś zastrzyk i przenoszą do Izo. To pokój specjalny. Izolatka? Miękkie ściany, brak mebli, brak klamek, w oknie siatka. Na środku coś jakby łóżko, też miękkie. Usypiam. Budzi mnie straszne pragnienie i gorycz w ustach. Próbuję wstać, w głowie kołowrót, padam na ziemię. Pielęgniarze przynoszą mi trójkołowy wózek – stojak, jak dla inwalidy. Stawiam kilka kroków i padam na twarz, nie mam siły wlec się dalej. Pielęgniarze wloką mnie do ustępu, potem dają nieco bulionu, muszą mnie karmić, bo nie utrzymam łyżki. Dostaję zastrzyk i zasypiam. Okazuje się, że jest gorzej niż przy pierwszym badaniu, stan pogarsza się w dużym tempie. Odnowił się krwotok wewnętrzny w żołądku, drastycznie spada mi hemoglobina, tracę siły. Muszą mnie zawieźć z powrotem do szpitala, moja klinika jest typową psychiatrią, a tu trzeba pomocy internistow, może chirurga. Nosze, karetka, szpital. Tydzień mija mi w półśnie. Lekarstwa, transfuzje, sen, znowu transfuzje, potem sonda żołądka wprowadzona pod narkozą. Razem z minikamerą i laserowym skalpelem. Zatamowali krwotok, obeszło się bez chirurgii, laserowo zamknęli krwawiące miejsca. Znowu śpię. Kolejne konserwy krwi i plazmy. Postawili mnie na nogi. No może nie na nogi, ale na tyle podkurowali, że mogę wracać do życia. Że mogę wracać na psychiatrię. Do swojego alfabetu. Na D2.

Jadę znowu, to znaczy wiozą mnie przez przepiękną okolicę. Wzgórza nad jeziorem, idylliczny krajobraz złotej jesieni, park, pawilony kliniki malowniczo wkomponowane w tarasowe zbocze góry. Cisza podkreślona delikatną mgiełką babiego lata. Czytam duże litery na pojedynczych blokach. Mijamy kolejno A, B3, Już wiem, co oznaczają. Wróciłem do mojej litery. Jestem na D2.

21:07, keram49
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2